Stefan Banach - Niepospolici
1506
post-template-default,single,single-post,postid-1506,single-format-standard,bridge-core-2.2.9,cookies-not-set,ajax_fade,page_not_loaded,,qode-title-hidden,qode_grid_1300,qode-content-sidebar-responsive,qode-theme-ver-21.6,qode-theme-bridge,disabled_footer_bottom,qode_header_in_grid,wpb-js-composer js-comp-ver-6.2.0,vc_responsive

Stefan Banach

Z cyklu Hooltaye polscy:

Stefan B. ps. „Matematyk”. Urodzony w Krakowie (pewnie dlatego potrafił dobrze liczyć) w 1892 r. Twórca analizy funkcjonalnej-zupełnie nowego obszaru nauk matematycznych. Jeden z twórców naukowego zjawiska zwanego lwowską szkołą matematyczną.

Znani wspólnicy: Hugo Steinhaus ps. „Doktor”, Antoni Łomnicki ps. „Profesor”, Otton Nikodym ps. „Teoretyk” (kolega z ławki).

Piękny umysł z Kresów, samoistny geniusz matematyczny, bardzo, ale to bardzo dobry w cyfry. Jego wpływ na różne dziedziny matematyki i nasze dzisiejsze życie w zasadzie trudno w pełni ocenić w jakichś kategoriach zrozumiałych przez przeciętnych ludzi. Zajmował się zagadnieniami, które trudno ogarnąć nieprzygotowanym matematycznie umysłem. Jednak śmiało można powiedzieć, że bez jego badań, wiele ciekawych wydarzeń, takich jak np. lądowanie na Księżycu, nie doszłoby do skutku.

Do 1916 r. życie Stefana Banacha układało się dość standardowo: gimnazjum, matura, półdyplom na Wydziale Inżynierii Lądowej Politechniki Lwowskiej (czyli de facto skończył studia, ale tak nie do końca). I tu należy wspomnieć, że Stefan Banach miał dar do poznawania odpowiednich ludzi w odpowiednim momencie.

Pewnego razu okupując ze swoim ziomem Ottonem ławkę na krakowskich Plantach i deliberując o sprawach niezrozumiałych dla zwykłych śmiertelników (Całka Lebesgue’a. Wiecie, rozumiecie.) poznał, a raczej został zauważony przez Hugo Steinhausa – ważną szyszkę z lwowskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza, polskiego matematyka żydowskiego pochodzenia. Spotkanie zaowocowało bliską, wieloletnią współpracą i publikacją naukową. Kolejny przełom nastąpił w 1920 r., kiedy to dzięki wstawiennictwu Steinhausa (znajomości-ważna rzecz) został asystentem prof. Antoniego Łomnickiego Katedrze Matematyki na Wydziale Mechanicznym Politechniki Lwowskiej. W tzw. międzyczasie doktoryzował się na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie nie mając stopnia magistra (taki szczegół, ale co to dla geniusza). Tu trzeba wspomnieć o jednej z ciekawszych anegdot dotyczących jego życia. Aby zrozumieć, czym był Uniwersytet we Lwowie i kim byli ludzie, którzy go intelektualnie zasilali, należy wyobrazić sobie połączenie Hogwartu (Harry Potter) z Niewidzialnym Uniwersytetem (Terry Pratchett. Świat Dysku). Było to dość niezwykłe miejsce, które miało kolosalny wpływ na matematykę w ówczesnym świecie. Te wszystkie Harvardy, Oxfordy mogą się schować. Ale do rzeczy.

Brak mgr przed nazwiskiem stanowił mimo wszystko w mniemaniu uniwersyteckich feudałów niejaki problem. Nawet w przypadku kogoś takiego jak Stefan Banach. A ten miał za nic stopnie doktorskie i uniwersytecką, bizantyjską hierarchię. Dopóki mógł zajmować się ukochaną matematyką, dopóty wszystko było git. Ktoś powiedział, że „Banachowi tak bardzo nie chciało się robić kariery, że musiano mu ją zrobić za niego”. Na wyższych szczebelkach Uniwersytetu zawiązano spisek i uknuto intrygę, która miała Banachowi zapewnić stopień doktora z pominięciem tytułu magistra. Wykryto, że Stefan lubi przebywać i pracować w miejscach niezbyt licujących z powagą obiecującego naukowca. Miejscach, gdzie jest gwarno, parno, hałaśliwie, a w powietrzu unosi się sugestia dobrej, zakrapianej zabawy. W takich okolicznościach przyrody miał zwyczaj generować sporo przemyśleń matematycznych zapisywanych potem na papierowych serwetkach. Spiskowcy tajniackim sposobem zbierali te notatki, z których potem skompilowali rozprawę doktorską, a w polu „autor” wpisali Stefan Banach. I voila! Teraz należało zwabić geniusza na obronę doktoratu. A było to tak: „Panie Stefanie, pani Jola z dziekanatu prosi do siebie. Są tam jacyś ludzie, którzy mają pewne problemy matematyczne, a pan na pewno potrafi im wszystko wyjaśnić.” I wyjaśnił. Trochę się pewnie zdziwił, gdy na koniec usłyszał „Gratulacje, panie DOKTORZE”.

Dość wspomnieć, że dalsze jego matematyczne losy to pasmo sukcesów, publikacji i czas wzmożonej naukowej aktywności wnoszącej nieoceniony wkład w rozwój matematyki. Po prostu geniusz. Piękny umysł przedwojennej Polski.